poniedziałek, 22 kwietnia 2013

10. Ile może być krzyku w milczeniu?

       Przelotnie spojrzałam w lustro i wolna dłonią przeczesałam wypłowiałe włosy. Westchnęłam głośno i mocniej ścisnęłam zrulowany banknot. Potrząsnęłam energicznie głową i pochyliłam się do równo usypanych dwóch kresek kokainy;  wciągnęłam jedną najpierw do lewej dziurki, a potem drugą do prawej i pociągnęłam nosem by wszystko bez problemu prześlizgnęło się do gardła. 
       Odetchnęłam z ulgą czując gorzki smak i poczułam się gotowa by opuścić pokój. Powoli, ciągnąc nogę za nogą weszłam do kuchni, gdzie siedziała Dani i paliła papierosa, bezceremonialnie strzepując popiół na podłogę.
 - Jak ty możesz tak niszczyć własne mieszkanie? – Zagadnęłam niby od niechcenia łapiąc za kupek z czarną kawą.
       Upiłam sporego łyka i skrzywiłam się. Zbyt mocna i gorzka, a serce i tak już kołatało mi się w piersi jak szalone. Cudowny przypływ energii przetaczał się i rezonował w moim ciele, dając mi siłę, dając mi motywację.
 - Co to za pytania? – rzuciła zdziwiona. – Nie płacisz żadnych pieprzonych pieniędzy więc co się rzucasz?
 Wywróciłam oczami i nie skomentowałam jej nieuzasadnionego wybuchu, tak było lepiej. Nie było najmniejszego sensu drażnić Dani, która od kilku dni i tak chodziła wściekła. Nie chciałam się zastanawiać nawet, co ją tak drażniło. Nasze stosunki nie były aż tak zażyłe, więc po co miałam to wiedzieć?
 - A tak przy okazji mogłabyś trzymać Biebera z dala od Boba? Te namolne laski, które wyrzucają pod jego adresem wszystkie możliwe błogosławieństwa, zaczęły się przystawiać do mojego faceta! – Skrzywiła się i obrzuciła mnie jedną ze swoich min. Teraz wyglądała bardzo nieprzyjemnie, jak harpia.
 - Przecież wiesz, że nie mam wpływy na Justina – wywróciłam oczami i wstałam od stołu, gdyż zobaczyłam, że brunetka właśnie otwiera usta.
 Ostatnie czego w tej chwili potrzebowałam to tyrady w wykonaniu Dani Sticks.
  Klatka schodowa w kamienicy Dani była bardzo spokojnym miejscem. Nie kręciło się tu zbyt wielu ludzi, gdyż większość przebywała w mieszkaniu zbyt pijana lub naćpana by wyjść na zewnątrz. To była moja idylla, gdzie mogłam spokojnie usiąść wziąć głęboki oddech lub po prostu ćpać do upadłego nie myśląc o tym, że zaraz wyskoczy Bob i przyśle mi któregoś ze swoich kolegów.
       Łomot wprawił mnie w niemałe osłupienie. Zerwałam się na nogi i przez barierkę wychyliłam się by sprawdzić, co dzieję się piętro niżej. Skrzywiłam się widząc szatyna prowadzącego na wpół przytomną dziewczynę, która słodko szczebiotała jego imię.
 Zemdliło mnie.
 - Lana? – Chłopak uniósł wzrok słysząc moje warkniecie, a ja odruchowo mając nadzieję, że mnie jednak nie zauważy cofnęłam się. Byłam przesiąknięta myślą, że skoro mnie nie widać, to tak naprawdę nie istnieje.
 Znów usiadłam na schodkach i wsunęłam do ust papierosa. Srebrną zapalniczką przypaliłam go i zaciągnęłam się mocno. Smak tytoniu i czucie dymu w ustach zdecydowanie nie należały do moich ulubionych odczuć, ale były kolejnym uzależnieniem a ja potrzebowałam nowych bodźców – czegoś, co wprawi moje ciało w drżenie.
 - Czy ty się chowasz? – Warknął szatyn stając obok mnie i taksując moją twarz przenikliwym spojrzeniem.
 - Przed tobą? – zakpiłam
 - Daj spokój Lana od kilku dni mnie unikasz i oboje doskonale wiemy dlaczego.
 Bo powiedziałeś mi coś, co nigdy nie powinno wyjść z twoich ust? Miałam ochotę wykrzyczeć mu to w twarz, ale ostatecznie przygryzłam wargę tłumiąc w ten sposób złość. Nie mogłam mu jednak tego powiedzieć, moje postanowienie o ignorowaniu jego osoby było teraz jedynym wyjściem. Słowa, które do mnie wypowiedział były najgorszymi na jakie mógł się zdobyć. Do diaska czy on naprawdę nie mógł się powstrzymać? 
Ile może być krzyku w milczeniu?
 - Masz zamiar tak milczeć? – rzucił i zupełnie bez zaproszenia przysiadł się na schodku obok mnie.
 - Nie masz innych zajęć oprócz dręczenia mnie? – Wywróciłam oczami nawet na niego nie patrząc.
       Z jednej strony potrzebowałam by był obok, po prostu poczucie jego obecności dawało mi siłę. Z drugiej zaś działał na mnie jak paralizator zwłaszcza po tym jego niedorzecznym wyznaniu. No bo czym ono było? Zdecydowanie nie było prawdą, ot tak wypowiedziane słowa, które miały mi w jakikolwiek sposób pomóc uporać się z poczuciem winy. Tyle, że ja nie czułam się winna. Byłam ćpunką, która już dawno temu wyzbyła się wszelkich ludzkich odruchów, a już na pewno uczuć. Nie byłam słodką dziewczyną zdolną do miłości. Na sam dźwięk tego słowa wzdrygałam się.
 - Lana, czy ja naprawdę chcę od ciebie zbyt wiele? – Rezygnacja w jego głosie była wyczuwalna. Cholera, uparty jest.
 - No więc słucham powiedz mi, czego ode mnie chcesz – rzuciłam sucho, a na moich ustach zagościł sardoniczny uśmiech, nie mogłam się powstrzymać.
 - Żebyś jakkolwiek skomentowała, to co ci powiedziałem – zjeżył się lekko.- Na Boga powiedz cokolwiek.
 Mam kilka możliwości: a) uciec stąd i dalej go ignorować; b) wytłumaczyć mu wszystko, a następnie cieszyć się spokojem; c) błagać by dał mi spokój, zabrać swoje rzeczy i wrócić na ulicę. Która z możliwości jest najlepsza?
 - Nie teraz – Warknęłam w końcu i bez ostrzeżenia wstałam i wróciłam do mieszkania.
  ~*~
        Tępy ból z tyłu głowy obudził mnie z niespokojnego snu. Rozglądałam się powoli po pomieszczeniu, w którym się znajdowałam. Wygląda jak stary magazyn. Ściany z czerwonej cegły pomalowane na biało, drewniane podłogi i dziwny ostry, nieprzyjemny zapach. Panujący półmrok otępiał moje zmysły i przez moją głowę przeleciała jakaś nieuchwytna myśl. Skrzywiłam się kiedy uciekła w zapomnienie, nie dając się nawet zidentyfikować. Westchnęłam głęboko i podniosłam się z materaca, kiedy stanęłam na nogach zakręciło mi się w głowie. Syknęłam przez zaciśnięte zęby i złapałam się za głowę, czując ból. Jak się spodziewałam na ręce była krew, a wnioski nasunęły się same.
 - Wstałaś już królewno? – Oczy o niemal nie wypadły mi z orbit, kiedy w progu zobaczyłam Boba.
 - Co ty tu … robisz? – Wydukałam przerażona. Miliard myśli nagle zaczęły bombardować mój umysł na skutek czego głowa zabolała jeszcze mocniej. Pobił mnie?
 - Zbieraj się Dani i Bieber już warują, że cię nie ma – powiedział, a w jego oczach błysnęło rozbawienie.
 - Najpierw mi powiesz, co to wszystko ma znaczyć?
 Ryknęłam zła i zaparłam się na nogach czując szarpnięcie. O nie, tym razem tak łatwo ci nie pójdzie. Założyłam ręce na piersi i zmarszczyłam czoło czekając na wyjaśnienia. Serce waliło mi w piersi jak szalone, a krew dudniła w uszach. Czułam, że zaraz mogę się zatoczyć i zaliczyć spektakularny upadek na twardą podłogę.
 - No załatwiałaś nam towar, nie pamiętasz? – zaśmiał się i nie czekając na moja odpowiedź kontynuował. – Zapoznałem cię z kilkoma moimi kumplami i bawiłaś się całe trzy dni. Gdyby pytała o to Dani, albo ten twój kochaś masz mówić, że grzałaś z jakimiś innymi ćpunami na Greenpoint i po prosu wpadłaś w ciąg, jasne?
       Jego ton nie znosił sprzeciwu, a ręce mocno zaciskające się na moich nadgarstkach jeszcze bardziej utwierdziły mnie w tym, że nie mam innej możliwości, jak tylko się zgodzić. Mój Boże, kiedy stałam się taką wielka kupą nieszczęścia i w dodatku wypraną z własnej woli i zupełnie uległą? Nie wiem jak będę mogła spojrzeć na siebie w lustrze.
 - Po prostu zamknij się, zabierz mnie do tego cholernego domu i nie zbliżaj się do mnie – na jego szczęście, miał w sobie chociaż krztę wstydu i nie roześmiał mi się w twarz, co sugerował uśmiech, który błąkał się po jego twarzy.
  ~*~
  - Powiesz mi wreszcie coś sensownego oprócz „daj spokój Dani, boli mnie głowa"? – Syknęła zła i uporem wpatrywała się we mnie. Niemal kuliłam się pod jej ostrym spojrzeniem, ale wolałam milczeć i tylko po nosem rzucać przekleństwa. 
             Dani była dociekliwa i spostrzegawcza, od razu wyczuwała kłamstwo, którego swoją drogą nienawidziła. Spokojnie mogła zostać detektywem, umiała wyciągać z ludzi informacje. A ja nie mogłam jej powiedzieć zupełnie nic, gdyż i tak nie uwierzyłaby mi w ani jedno słowo. Była zbyt zaślepiona Benem, który karmił ją kłamstwami, a ona łykała je bez żadnych sprzeciwów.
 Dziwne?
 - Czy proszę cię na prawdę o tak wiele? Odrobina spokoju nic więcej. To nie jest coś czego nie możesz zrobić – rzuciłam zła i wykończona jej tyradami i przesłuchaniem.
 - Lana nie było cię trzy dni w domu, w końcu wracasz pobita i skrajnie wycieńczona i próbujesz mi wcisnąć, że ćpałaś gdzieś na Brooklynie? Błagam cie nie rób idiotki z siebie i ze mnie.
 - Dani możesz nas zostawić samych? – Nie wiem skąd między nami pojawił się Justin.
             Jego wyraz twarzy był dziwny, ale zapuchnięte i podkrążone oczy jednoznacznie wskazywały ze był wykończony. Fizycznie i psychicznie. Dani widząc jego minę bez szemrania opuściła kuchnię, tylko przy wyjściu obdarzyła mnie miną mówiącą „nie wiem jeszcze jak, ale wyciągnę od ciebie prawdę Collns”. Pokręciłam głową niedowierzając w to, co się koło mnie dzieje. Czy oni wszyscy rzeczywiście się o mnie martwili?
 - Dzięki – mruknęłam w końcu i patrzyłam na moje dłonie, gdyż twarz szatyna w tej właśnie chwili była obiektem nie osiągalnym. Nie umiałam podnieść wzroku i skonfrontować się z nim.
 - Nie ma za co, wiem jaka ona potrafi być. – wzruszył ramionami. – Ale błagam cię powiedz mi, co się z tobą działo. Wiem, że Bob musiał maczać w tym swoje palce. – Było mu ciężko, czułam to, słyszałam w jego głosie. Aura radości i pewności siebie, którą zazwyczaj wokół siebie roztaczał teraz opadła i stał naprzeciw mnie. Bezradny, błagając mnie o prawdę.
 Może jednak warto?
 - Sama nie wiem, co się stało …mało pamiętam – Wyrzuciłam w końcu z siebie
 - Jak to?
 - Nie wiem naćpana byłam …a on …oni mnie wykorzystali, chyba, nie wiem! – Oczy mi zaszły mgłą.
 Czy ja płakałam?
             Silne ramiona owinęły się wokół mnie, a wszystkie zapory jak na zawołanie puściły, a ja pierwszy raz od wielu, wielu lat zaczęłam szlochać. Łzy płynęły jedna za drugą a głuchy jęk rozchodził się po pomieszczeniu. Trzęsłam się targana wszystkimi możliwymi emocjami, które przez ten cały czas kumulowały się we mnie.
 - Powiedz mi co on ci zrobił – warknął Justin i poczułam jak jego ciało się spina. Czy to moja wina? 
 - On kazał mi uprawiać seks …za ćpanie – Boże, powiedziałam to, co gorsza jest mi z tym lżej. Mam mętlik w głowie.
 - Co?! – Ryknął, a mnie wzdłuż kręgosłupa przeszedł dreszcz. – Zabiję go!
 Odsunął się ode mnie i zrobił duży krok w stronę drzwi. Stałam jak słup, nie zdolna do ruchu. Chciałam coś zrobić, musiałam.
 - Nie! – pisnęłam w końcu, a mój głos był nienaturalnie wysoki.
             Justin zatrzymał się w pół kroku i spojrzał na mnie spod rzęs. Był zdziwiony i skonsternowany. Wystarczyło mi kłótni i bijatyk na najbliższą dekadę. Chcę tylko ciszy.
 - Nic nie rób, po prostu chodź tu i mnie przytul. Mocno – jęknęłam żałośnie mając nadzieję, że mnie posłucha.
 Tak jak myślałam, posłuchał mnie. Zamknął mnie w swoich objęciach, a ja stałam i wdychałam jego uderzający do głowy zapach. Świdrował mnie i wprawiał w przyjemny błogostan. Tego mi było potrzeba, chwili wytchnienia i jego ramion mocno mnie trzymających.
 - Wiem, że mnie nie kochasz, ale ja będę cierpliwy i w końcu nastanie czas, że odwzajemnisz moje uczucia. – Szepnął głosem przepełnionym zarówno zmysłową obietnicą jak i groźbą.
~*~
 Nie było mnie tu miesiąc, wiem o tym i przepraszam z całego serca. Miałam masę problemów i rzeczy do zrobienia. Rozdział pisałam kawałkami, ale wyszedł jak chciałam. Nieskromnie powiem, ale jest dobry taki jak chciałam.
Mam nadzieję, że wybaczycie i będziecie czytać, prawda? 

piątek, 22 marca 2013

9. Bo jaki jesteś ty, mój świecie?

Życie na ulicy zdecydowanie nie było tym, o czym marzyłam. Po opuszczeniu ośrodka czułam się co najmniej dziwnie. Nowy Jork wydawał się tak wielki i potężny, a ja na jego tle wypadałam marnie. Na szczęście Cher była na tyle głupia, że do tej pory nie zablokowała mi dostępu do jej konta. Bez chwili zawahania wybrałam z niego wszystkie pieniądze, które miały mi pomóc w zaczęciu życia na własną rękę. Nie było łatwo, ale wszystko było lepsze niż przebywanie pod jednym dachem z matką i tym zwyrodnialcem, zwanym jej mężem. Miałam trochę gotówki, otwarty umysł i wolną rękę – wszystko czego potrzebowałam do pełni szczęścia.
            Wydawać by się mogło, że wreszcie mam to, o co tak mocno zabiegałam. Mogę ćpać bezustannie i nikogo to nie interesuje. Jednak im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej zdaje sobie sprawę, że jednak potrzebuję cudzej uwagi. Chcę by ktoś nade mną czuwał i w chwilach załamania potrząsnął mocno i przywrócił zdrowy rozum. Jednak zostałam sama, może nie do dońca, jest przecież Dani. Dziewczyna, którą niedawno poznałam i zaproponowała mi kąt w swoim niewielkim mieszkaniu na obrzeżach Bushwick. Nie było mi tam źle, wręcz przeciwnie brunetka była bardzo miłą osobą i nie oczekiwała nawet, że będę jej płacić część czynszu. Jednak moje życie jak zawsze jest przepełnione ironią. Zaraz po wyjściu z odwyku poznałam młodą narkomankę, która przygarnęła mnie do siebie. Czyż to nie dziwne?
- Tęsknisz za nim? – rzuciła Dani siadając obok na krawężniku.
            Czy zawsze muszę być tak wylewna? Zupełnie przez przypadek zdarzyło się, że powiedziałam jej o istnieniu szatyna, którego imię wywołuje na ciele przyjemne ciarki. Niestety jak widać nie jesteśmy sobie pisani. Łączył nas tylko pociąg fizyczny, nie było między nami uczuć. Suma summarum jesteśmy ćpunami, dla których nie istnieją uczucia takie jak miłość czy przyjaźń, liczy się tylko odczucie fizyczne. By się naćpać, mieć gdzie spać i co jeść.  Dlatego właśnie brakowało mi dotyku chłopaka, jego gorących ust i zapachu skóry – nie chciałam nawet by mnie kochał, miał po prostu być.
- Daj spokój między nami i tak nic nie było – jęknęłam mając nadzieję, że to wystarczy by zaspokoić ciekawość brunetki.
- Przecież widzę. Chodzisz przygaszona i to nie przez kokainę – zaczęła niepewnie wlepiając we mnie swoje szare oczy. – Kochasz go i to widzę nawet ja, przestań udawać Collins.
- Zamknij się Dani! – warknęłam i zerwałam się na równe nogi. Chciałam uciec, jej wścibstwo mnie przytłaczało, a ja nie potrafiłam się przed tym bronić.
- Chowanie w niczym ci nie pomorze. – Usłyszałam jeszcze za plecami kiedy wchodziłam do kamienicy. Sfrustrowana trzasnęłam z całej siły drzwiami i wbiegłam po schodach na pierwsze piętro wprost do mieszkania, gdzie czekały na mnie narkotyki.
~*~
Bo jaki jesteś ty, mój świecie? Niby wszystko takie proste, wszystko ma swoje określone miejsce. Tylko, że ja nic z tego nie rozumiałam, albo rozumiałam kiedy było już za późno. Czułam, że niszczeje z dnia na dzień coraz bardziej. Pustka ogarniała moje ciało i wcale nie zamierzała ustąpić.
- Lana! – tuż nad uchem usłyszałam głos Boba, chłopaka Dani – Przestań się mazać i chodź tu!
            Niechętnie wstałam z wygodnego legowiska jakim była stara kanapa i pomaszerowałam do kuchni, gdzie siedział chłopak. Wiedziałam, że musiało chodzić o coś poważnego, słyszałam to w jego głosie.
- Czego chcesz? – syknęłam stając w progu i mierząc go srogim spojrzeniem. Nie pałaliśmy do siebie zbyt wielką sympatią, dlatego raczej staraliśmy się unikać siebie nawzajem.
- Brakuje nam kasy, może wreszcie byś się dorzuciła? – warknął. Spojrzałam na Dani, która cicho siedziała po drugiej stronie stołu i patrzyła na mnie sarnimi oczami. Z wyrazu jej twarzy wyczytać można było przeprosiny. Prychnęłam pod nosem. Zamiast teraz stroić dziwne miny mogła zapanować nad swoich chłopakiem. Obydwoje wiedzieli, że nie mam nic. Wszystko przećpałam już jakiś czas temu.
- Nie mam kasy – odpowiedziałam i założyłam ręce na piersi. Miałam ochotę roześmiać się mu w twarz, ale wolałam nie ryzykować. Chłopak był nieobliczalny, wiedziałam to.
- Wiesz co mnie to obchodzi? – i poderwał się z krzesła – Masz nam dać trochę kasy bo wylecisz stąd na zbity pysk bez ceregieli! – Wrzeszczał jak szalony, a po chwili złapał moje przedramiona i zaczął szarpać. Jęknęłam cicho z bólu i odepchnęłam chłopaka od siebie. 
- Wal się Bob! To mieszkanie Dani i to ona będzie decydować czy mogę tu mieszkać czy nie. – Uśmiechnęłam się triumfalnie, oparłam o drzwi i rozmasowywałam obolałe ręce. Ten chłopak ma wyjątkowo dużo siły jak na takiego chuderlaka.
- Słuchaj no - zaczął powoli, niskim głosem – dopóki ja tu jestem będę podejmować takie decyzje, a Dani nie ma nic do gadania. Więc zamknij i dawaj kasę!

- Nie mam!
- To zarób  – wrzasnął i zadumał się na chwilę. – Mam pomysł skąd możesz wziąć gotówkę.
            Ten złowieszczy uśmiech zdecydowanie nie wróżył nic dobrego. Czułam jak z nerwów mięśnie się napinają, a żołądek robi jakiś dziwny przewrót. Temu człowiekowi nie można ufać nawet w najmniejszym stopniu, więc ten pseudo genialny plan musi być straszny.

- Słuchaj skoro nie  mamy kasy na ćpanie, można je załatwić w inny sposób. – W śmieszny sposób zaczął poruszać brwiami, co jeszcze bardziej
 mnie zdziwiło. To co się dzieje zdecydowanie nie jest normalne.
- Może jaśniej?
- Spotkasz się z gościem, od którego biorę towar no i –  przerwał na moment jakby chciał dobrać odpowiednie słowa – pogadacie sobie czy coś.
- Chcesz żebym pieprzyła się z dilerem? – twierdząco  pokiwał głową. – Mowy nie ma!
- Nie rób scen suko!
~*~
Siedziałam w salonie mieszkania brunetki i trzęsłam się z nerwów. Salwa wyzwisk, kilka mocnych policzków i zgodziłam się na jeden wieczór zostać dziwką. Myśli kołatały się i niemal odbijały echem pod czaszką. Byłam przerażona tym, co za chwilę ma się wydarzyć. Kolejny gwałt?  Przecież to niedorzeczne. Czyżby anioł stróż wziął sobie ostatnio wolne? A może nigdy go nie miałam?
             Skrzypnięcie drzwi i szybki, głośny oddech. Po kręgosłupie przeszedł mi dreszcz. Lewą dłonią odruchowo zaczęłam skubać dolną  wargę. Bałam się poruszyć, nie myślałam nawet by się odwrócić i zobaczyć jego twarz. Tego było zbyt wiele nawet jak na kogoś  takiego jak ja. Życie i problemy w Chicago były jakieś łatwiejsze.
- Cześć Lana. – Kark owiał zimny oddech, a mózg sparaliżował znajomy głos. Nie mogłam uwierzyć
!
- Jak .. mnie tu znalazłeś? – wyjąkałamniepewnie, brakowało mi słów. Nie wiedziałam, o co pytać i jak się zachować.- Nie jestem głupi mała. – Zaśmiał się drwiąco i zarzucił dłonie na moje ramiona.

             Westchnęłam cicho pod wpływem jego dotyku. Był jak balsam na wszystkie problemy. Chwila i już nic nie istniało, liczył się tylko on. Cholera jasna, ja chyba naprawdę zaczynam wariować.
- Powinieneś być jeszcze w ośrodku. – Starałam się by mój głos nie drżał, na ile mi to wyszło? Nie wiem. – Uciekłeś?
- Życie na detoxie nie ma sensu. – Opuszkami przejechał po mojej szyi, a potem złożył na niej pocałunek.
- Będziesz miał problemy.
- Problemy mam zawsze, a ciebie jak widać nie. Teraz to się zmieni – wymruczał mi do ucha i lekko obrócił mnie w swoją stronę.
            Spojrzenie w jego oczy było jak samobójstwo. Wszystkie postanowienia, o tym, że będę potrafiła bez niego żyć, i że ten chłopak nic nie
 znaczy prysneły jak bańka mydlana. Wystarczyła chwila bym zapomniała o rzeczywistości i zatraciła się w Justinie. Nie byłam w stanie się kontrolować. Liczył się tylko on i to, co ma zamiar ze mną zrobić. Ja byłabym w stanie zgodzić się na wszystko.  Powoli otwierałam usta by   coś powiedzieć, chłopak jednak szybko zareagował.
- Nic nie mów. – Wycedził obniżonym głosem i wbił we mnie czekoladowe spojrzenie.
  Zmniejszył dystans między nami, położył ciepłe dłonie na talii i przywarł ustami do moich warg. Rozchyliłam je zaskoczona pocałunkiem, którym obdarzył mnie szatyn. Dało mu to swobodę na tyle, że mógł je pieścić, przesuwając delikatnymi wargami po moich ustach, by w końcu wbić w nie swój język. Prawą dłonią złapał mocno za włosy i pociągnął w tył, bym odchyliła głowę. Docisnął mnie do ściany i kontynuował szalony pocałunek. Obojgu nam kręciło się coraz mocniej w głowach, a fala podniecenia napływała coraz wyraźniej. Po chwili szybkim ruchem ściągnął ze mnie dresowe, czarne spodnie wraz z małymi figami.
 Gdy nachylił się by całkowicie pozbyć się dolnej części mojego ubrania bez namysłu wpił się wargami w moja kobiecość , która zaczęła opływać wilgocią. Jęknęłam i mocniej oparłam się o ścianę. Wgniótł twarz mocno w moje krocze i kręcił językiem wszelkiego rodzaju kołowrotki w rytm intensywności mojego pojękiwania. Wsunęłam obie dłonie w jego włosy i zamknęłam oczy, podczas gdy on założył sobie moje stopy na ramiona i uniósł, sadzając moje pośladki na komodzie, która stała obok. Byłam teraz całkowicie otwarta. Odsunął się o kilka centymetrów i przyglądał się przez moment mojej cipce, po czym powoli wsunął w nią dwa złączone palce. Poruszał nimi obserwując, jak pokrywają się lśniącym filmem śluzu, po czym ponownie głęboko wnikały w moje wnętrze. Przed ich dalszym zagłębieniem powstrzymywała szatyna jedynie konstrukcja dłoni. Jęknęłam cicho i poruszyłam niecierpliwie biodrami, gdy na moment przestał ruszać palcami we wnętrzu.
- Chciałbym poczuć, jak gęste soki twojego wnętrza otulają całe moje ciało. Czuć to gorąco każdą kończyną, każdą, najmniejszą częścią ciała. Wejść do środka i tańczyć, rozpychać, przeciskać i pieścić całym sobą!  Zamieniłam 
się w słuch i falowałam w rytmie ruchu jego palców. Dołączył do nich kolejny, który ciasno wszedł w nawilżoną kobiecość. Otworzyłam szeroko oczy, a chłopak rzucił się, pochłaniając ustami nabrzmiałą łechtaczkę. Głośno jęknęłam i oparłam się o blat wyciągniętymi do tyłu rękami.
- Włóż mi go… – Wyszeptałam w końcu. 
Miałam mocno zaczerwieniony dekolt i policzki, a jej oddech stał się krótki i urywany. Dyszałam szybko z podniecenia, kiedy stanął przed mną i mocno pocałował w usta. Przywarłam do nich, zasysając z nich swój własny smak. Trzymał mocno, przytulając do swej piersi, a moje dłonie powędrowały na dół. Rozpięłam brązowookiemu pasek i spodnie, które powoli opadły w dół. Wsunęłam obie dłonie pod opięte bokserki i ściągnęłam je na tyle, że naprężony członek wystrzelił do przodu kierując się wprost na rozkoszne wejście. Przez chwilę bawiłam się nim ściskając, gładząc i przesuwając dłonią po gładkiej powierzchni, aż w końcu dotknęłam jego końcem do swoich mokrych warg. Poruszałam biodrami w taki sposób, że członek zaczął się we mnie powoli zagłębiać. Po chwili czułam, że jest we mnie w połowie. Zaplotłam ręce na zgrabnym karku Kanadyjczyka, a nogami objęłam go w pasie, przyciągając do siebie coraz mocniej. Czułam, jak rozpiera się w ciasnym wnętrzu, które szczelnie go obejmowało. 
            Zaczął delikatnie poruszać biodrami, a przy każdym cofnięciu moja kobiecość zdawała się go zasysać, nie pozwalając na wyjście. Zachowywałam się tak, jak gdybym była strasznie wytęskniona i czekała właśnie na ten moment. Rozsiadłam się wygodniej na blacie, z którego przed momentem prawie się zsunęłam i opuściłam się w tył, rozluźniwszy uprzednio objęcia delikatnych ramion. Chłopak zaczął poruszać się szybciej, patrząc na mnie rozpalonymi namiętnością oczami. Widziałam, jak zachodzą mgłą, nim zamknął je i opuścił głowę luźno do tyłu. Wgryzłam się w jego szyję, a szatyn przyspieszył swoje ruchy na tyle, że moja głowa zaczęła podskakiwać. Podskakiwały również okrągłe piersi, których sutki stwardniały i zmniejszyły swoje obwódki. Chwilę wcześniej uniósł mi bluzkę, pod którą skrywałam je do tej pory. Z rozkoszą przyglądał się moim włosom, które falowały w rytm uderzeń bioder o łono. Znieruchomiał we mnie na chwilę, zagłębiając się po samo dno szparki. Czułam, że w każdej chwili mogłabym dojść, a jeszcze tego nie chciałam. Wyszedł ze mnie. Odsunął się na moment i zrzucił z kostek spodnie i majtki, które tam się zatrzymały. - Odwróć się. Chcę zobaczyć w akcji twój tyłeczek! – Wyszeptał podnieconym, drżącym głosem. 
            Posłusznie odwróciłam się, ściągając przez głowę niebieską bluzkę. Stałam przed chłopakiem całkiem naga z wypiętą pupą. Pogładził mnie chwilę po pośladkach, po czym wsunął swojego członka pomiędzy nogi i pozwolił, by sam namierzył cudowny cel. Zagłębił się głęboko, jednym pchnięciem i złapał mocno za moje biodra. Posuwał tak mocno, aż wprawił moje ciało w wibracje. Cała drżałam napędzona jego rytmem, gdy postanowił sprzedać mi  kilka zaległych klapsów. Jęczałam, wtórując kolejnym razom, nim ponownie złapał za biodra i posuwał tym razem prawie całkiem wychodząc z wnętrza. W przód i w tył, w przód i w tył, tak szybko, jak tylko mógł. Wstrzymał się ponownie, tuż przed kolejnym orgazmem i jak wcześniej zastygł we wnętrzu. Następnie wznowił ruchy i delikatnie, powoli, próbował wniknąć we mnie jeszcze głębiej, niż było to możliwe. Czułam, jak napiera się na mnie do granic możliwości. Wyszedł całkowicie i pozwolił mi się odwrócić. Spojrzałam szatynowi w oczy i nachyliłam się, wciągając członka w usta. Pieściłam tak przez moment, mocno zasysając wargami, nim złapał moją głowę i uniósł. -Chodźmy na łóżko. – Powiedział cicho i ruszyliśmy do pokoju. 
            Położyłam się na wznak i palcami otworzyłam swoje klejące się od naszych soków wnętrze. Klęknął przed mną i przysunął łono do krawędzi łóżka. Wszedł szybko i zaczął mocno pieprzyć. Oparłam się ciężko o posłanie, a jego dłoń powędrowała wprost na szczyt łona. Pracował palcami nad łechtaczką, a ja zacisnęłam dłonie na piersiach. Zaczął pieprzyć mnie z całych sił, z całego tchu, aż poczułam zbliżający się orgazm. Wstrząsnął mną mocno i wyzwolił stłumiony krzyk, wpadając w przeciągły jęk na końcu. We wnętrzu wybuchł wulkan, a chłopak z całą pewnością czuł kolejne skurcze. Kiedy ustały, otworzyłam szeroko oczy i uniosła, się w jego stronę. Ruszał  jeszcze powoli biodrami i czekał teraz na moją komendę. Uśmiechnęłam się do Kanadyjczyka znacząco, dając mu jednoznaczną odpowiedz.
Zaczął się ze mną kochać raz jeszcze, tym razem dla swojej własnej przyjemności. Raz po raz zagłębiał się we mnie mocno, czując nadchodzący orgazm i przeciągając go dwukrotnie. Przyglądałam mu się bacznie, raz po raz przygryzając z rozkoszy wargi. Naprawdę chciałam to zobaczyć. W końcu wyszedł ze mnie, gdy czuł, że jest już u bram przyjemności. Złapałam jego członka i delikatnie dokończyłam, to co szatyn sam zaczął. Orgazm, który nim wstrząsnął zdawało mi się zatrząsł całym pokojem.
- Dobrze jest mieć ciebie przy sobie i spędzać takie chwilę bez przymusu – sapnął kładąc mi głowę na ramieniu. 
            Spojrzałam na niego zdziwiona. Skąd w nim nagle tyle czułości i dobroci w stosunku do mojej osoby? Zagryzłam lekko wargi i dłuższą chwilę lustrowałam go spojrzeniem starając się cokolwiek wyczytać z jego twarzy. Na marne. Widziałam tylko półuśmiech, który rozpościerał jego delikatne wargi. Moje serce zaczęło łomotać w klatce piersiowej, zupełnie jakbym była na głodzie.
- Nie wiem, co ci powiedzieć Justin – powiedziałam cicho, odwracając głowę. Chciałam żeby już poszedł, żeby zniknął i zapomniał o tym, co się wydarzyło.
- Lana, ja cię kocham.
~*~
Z rozdziału jestem bardzo zadowolona. Długość wystarczająca, treść dobrze napisana i akcja jest ;]
W między czasie podrzuciłam wam kilka informacji, które zwiastują kolejne wydarzenia, a będzie się działo, tego możecie być pewni.

czwartek, 14 marca 2013

8. Umiera się wyłącznie za to, dlaczego warto żyć


            Czasem to nie świat jest naszym największym wrogiem, lecz my sami. Ja doskonale zdawałam sobie z tego sprawę. Byłam mordercą, zabijałam samą siebie, a współwinnym był brązowooki szatyn, który z dnia na dzień stawał mi się bliższy. Nasza jakże dziwna relacja przyprawiała mnie o zawrót głowy. Teoretycznie nie powinnam chcieć mieć z nim cokolwiek wspólnego, praktycznie nie mogłam pozbyć się chłopaka z myśli.
- O czym myślisz? – Rzuciłam nawet nie patrząc na szatyna. Chciałam po prostu przerwać panującą miedzy nami ciszę i zająć czymś umysł.
- O śmierci – odparł sucho i odwrócił głowę od szyby obdarzając mnie tym samym spojrzeniem. – Chyba jesteśmy już coraz bliżej, prawda?
- Masz beznadziejne poczucie humoru, Bieber – warknęłam kiedy usłyszałam nieudany żart Kanadyjczyka.
- Za co byłabyś w stanie umrzeć? Ja chyba już tylko za ćpanie – zlekceważył moja uwagę i nadal kontynuował temat, który zaczął. Byłam zbyt wielkim tchórzem by rozmawiać w ten sposób, zwyczajnie śmierć mnie paraliżowała. Oczekiwałam jej przyjścia, ale myśli o niej były zbyt przytłaczające.
-
Umiera się wyłącznie za to, dlaczego warto żyć – westchnęłam  ciężko dając chłopakowi do zrozumienia, że mam dość tej bezsensownej wymiany zdań.
- Wiec czemu my żyjemy tak właśnie?! Czemu nasze życie jest ciągłą walką o kolejną działkę, o więcej doznań? Ciągle musi być szybciej, lepiej, więcej! – Chłopak miotał się wyrzucając z siebie słowa w zawrotnym tempie.  Przez moment stałam oniemiała nie wiedząc co zrobi.
- Justin! – warknęłam w końcu – Przestań zachowywać się jak dziecko. Sam podjąłeś taka decyzje i podążasz ta ścieżką gdybyś nie chciał to byś z tym skończył!
- Co ty do mnie mówisz? – jęknął poirytowany i maksymalnie zmniejszył dystans miedzy nami.
            Poczułam jak wpadam na twardą ścianę. Skrzywiłam się z bólu i spojrzałam na czerwoną z wściekłości twarz szatyna. Jego oczy niemal płonęły, oddech był przyśpieszony, a dłonie mocno zaciskały się na mojej talii. Nie bałam się go, bałam się tego co za chwilę może się wydarzyć. Chłopak był nieobliczalny i po chwili słabości stawał się niezrównoważonym ćpunem, który jest zdolny do wszystkiego. Jednak gdyby tego było mało, to ta jego niestabilność, wybuchowość pociągały mnie w nim najbardziej. Równie mocno pragnęłam go spokojnego i czułego, co wściekłego i gotowego do morderstwa.
            Napierał na mnie mocno, a jego oddech raz po raz uderzał w moją twarz. Lustrował mnie spojrzeniem zagryzając przy tym wargi. Zastanawiał się co zrobić, nie wiedział jak ma ze mną postąpić. Złość we mnie narastała, miałam dość tego, że ciągle to Justin góruje nade mną. Złapałam jego dłoń i z całych sił starałam się go odepchnąć. Słysząc głosy śmiech i widząc, że szatyn nawet nie drgnął syknęłam pod nosem i spojrzałam mu w oczy.
- Co Collins myślałaś, że ze mną wygrasz? – mruknął i lewą dłoń włożył mi pod koszulkę. Momentalnie się wzdrygnęłam na skutek jego dotyku. Smutne wspomnienia wróciły.
- Nigdy nie wiesz co cię czeka – rzuciłam i uniosłam głowę z wyższością. Wiedziałam, że moim nieprzemyślanym zachowaniem tylko jeszcze bardziej rozjuszam brązowookiego, ale gdzieś głęboko w sercu czułam potrzebę udowodnienia mu, że jestem silna.
            Jedno silne szarpnięcie, a moje wychudzone ciało już było przytwierdzone do łóżka. Justin pochylał się nade mną z kpiącym uśmiechem rozpostartym na twarzy. Pokręciłam głową z dezaprobatą i próbowałam się podnieść jednak jego silne ramiona szybko znów rzuciły mnie na materac. W myślach wyklinałam chłopaka od najgorszych, mając nadzieję, że zginie w męczarniach. Jednak gdy jego gorące wargi przylgnęły do mojej szyi nie mogłam stłumić jęku rozkoszy.
- Lubisz to – wymruczał swoim zachrypniętym głosem wprost do mojego ucha, a po moim ciele od razu przeszły ciarki.
            Tak bardzo nie chciałam mu pokazać słabości, ponieważ im bardziej ja się poddawałam tym Justin wyczuwał jak wielka władzę ma nade mną. Kolejny ruch i nawet się nie spostrzegłam, a moja koszulka leżała w kącie pokoju. Z przerażeniem patrzyłam jak szatyn zrywa ze mnie stanik i obejmuje w dłoniach moje drobne piersi.
- Puść – rozkazałam, na marne chłopak nic sobie nie robił z moich słow. – Ja nie żartuję Justin! – znowu brak jakiejkolwiek reakcji ze strony chłopaka. Nerwowo rozejrzałam się po pomieszczeniu w poszukiwaniu czegokolwiek co mogłobym pomóc w zrzuceniu z siebie brązowookiego.
            Nie zawahałam się nawet chwili przed wzięciem w rękę lampy stojącej na stoliku i roztrzaskaniu jej na głowie Justina. Oszołomiony chłopak upadł na mnie, a ja sprytnie to wykorzystałam i wyśliznęłam się z jego objęć. Byłam już przy drzwiach, kiedy poczułam jak łapie moją dłoń i z całej siły pcha na ścianę.
- Pożałujesz tego mała suko! – wrzasnął i z potrząsnął mną tak, że kilka razy uderzyłam głową o zawias, który był tuż obok mojej głowy.
Starałam się bronić, ale byłam zbyt przerażona i otumaniona by wykonać jakiś ruch. Za to Justin bez oporów zadawał mi kolejne ciosy nie zwracając już nawet uwagi na to, że z ledwością utrzymuje równowagę i że z wargi leci mi krew. Z zimna krwią bił mnie pięścią zupełnie jakbym była jego wrogiem, którego koniecznie trzeba się pozbyć. Sama nie wiem kiedy to się skończyło. Musiałam stracić przytomność.
~*~
            - Louis myślisz, że jeśli nie miałabym ważnej sprawy zmuszałabym cie do wysłuchania mnie? – jęknęłam patrząc z politowaniem na lekarza, który od dłuższego czasu ignorował mnie i moje prośby o rozmowę.
- Lana dobrze skoro to sprawa niecierpiąca zwłoki to mów, byle szybko bo jak widzisz jestem na prawdę zajęty – poczułam się urażona tym, że nie chciał mi poświęcić kilku minut.
- Pakowanie się na golfa jest ważniejsze niż pacjent? – prychnęłam z pogardą i usiadłam na metalowym stołku, który znajdował się obok biurka. Starałam się zebrać słowa, by wszystko co chce mu powiedzieć było jasne i klarowne.
- Zamieniam się w słuch – w jego głosie można było wyczuć negatywne nastawienie i to, że zawracam mu głowę właśnie teraz jest bardzo nie na rękę.
            Otworzyłam usta i za chwilę szybko je zamknęłam. Nie znałam słów, które byłyby odpowiednie na przekazanie uczuć, które właśnie kłębiły się w moim umyśle. Ciemność ogarnia moją duszę, a  ja nie chcę i nie potrafię już z tym dłużej walczyć. Pewne rzeczy po prostu się nie zmieniają, dlatego właśnie słońce zawsze będzie świecić, ludzie umierać, a ćpun będzie ćpał.
- Chce odejść – mruknęłam po chwili, kiedy po raz kolejny Parker odkrząknął znacząco chcąc mnie w ten sposób pogonić.
- Słucham? – ryknął zdziwiony. – Lana to nie jest zabawne.
- Nie żartuje Louis na własne żądanie chce opuścić odwyk – zauważyłam, że mężczyzna chce coś powiedzieć, wiec szybko kontynuowała. – I wiem, że jest taka możliwość więc nawet  nie próbuj kłamać.
- No dobrze, więc pakuj się i wyjedź, ale pamiętaj, że zawsze ktoś tu na ciebie będzie czekał i możesz wrócić zawsze.
- Wątpię, ale dzięki Lou! – szybko zerwałam się ze stołka i niczym szalona pędziłam w stronę drzwi.
            Mój los co rusz płata mi jakieś figle. Zesłał mi na drogę Justina, który będąc darem jest również największym przekleństwem. Sprawiał mi radość tylko po to by za chwilę zadać mi przeraźliwy ból, którego nie byłam w stanie znieść. Otarłam z policzka małą łzę i poprawiłam na ramieniu torbę podróżną. Jedynym pocieszeniem wtedy była myśl, że opuszczając mury ośrodka będę mogła ćpać bez strachu, że ktokolwiek mnie przyłapie.
- Wybierasz się gdzieś? – za plecami usłyszałam doskonale mi znany głos, po moim ciele kolejny raz przeszła niewytłumaczalna fala gorąca. Czy ja się zakochałam?
- Wracam na wolność – powiedziałam cicho i nawet nie odwróciłam się do chłopaka, to było zbyt trudne. Stanąć twarzą w twarz z chłopakiem przed którym próbuje się uciec, chłopakiem, który wywołuje tyle sprzecznych emocji.
- Co?
- Wypisuję się na własne żądanie Justin – z ciężkim sercem wypowiedziałam jego imię po czym odwróciłam się i obdarzyłam go spojrzeniem. Był smutny i zdziwiony, jakby to, co przed chwilą usłyszał było nie do przyjęcia. Zaśmiałam się cicho z wyrazu jego twarzy i musnęłam wargami jego blady policzek.
 Odwracając się marzyłam by jeszcze kiedyś go spotkać. Nie koniecznie w takich okolicznościach. Gdzieś tam w normalnym życiu gdzie będziemy mogli się poznać i sprawdzić kim na prawdę jesteś. A do tej pory? Moje życie nie będzie kompletne.
          

~*~

 No dobra dawno mnie tu nie było. Trochę w tym lenistwa, trochę problemów i szkoły. No cóż nie wypowiadam się co do rozdziału, bo zostało mi to zabronione ;) Ale powiem wam, że wiem iż może nie jest za ciekawy, ale może to i lepiej? To co mam dla was przygotowane w następych rozdziałach może was zdziwić.
Do następnego ;]

czwartek, 21 lutego 2013

7. Choruje na śmierć

            Kolejne spotkanie, kolejna działa, kolejny raz się naćpałam. Znów poczułam, że mam po co żyć, że jednak jest sens istnienia. I choć choruje na śmierć, a w żyłach lęk krąży zamiast krwi, to właśnie w tej chwili oddycham pełną piersią i z lekkością jestem w stanie powiedzieć chcę żyć!
            Odetchnęłam głęboko. Pierwszy raz brałam kwas, a po tym ma się wizję. Nie bałam się – wręcz przeciwnie z niecierpliwością czekałam, aż narkotyk zadziała a ja zobaczę wytwory mojego mózgu. Byłam podekscytowana tym co przyniesie mi los, to było tak dziwne, a zarazem wspaniałe i podniecające. Bo przecież nie mogłam ograniczać się tylko do mojej heroiny nie chciałam dać się zaszufladkować, a to, że Bieber miał dziś tylko kwas było doskonałą okazją do poznania nowych doznać, a przy okazji sprawdzenia samej siebie. Kto wiedział co za chwilę zobaczę i poczuję, mogło być to coś pięknego lub przerażającego. Mógł być to nawet cień, który od naszego ostatniego spotkania, co prawda się nie pojawił, ale zostawił piętno na moim mózgu, a w sercu zasiał strach.
            Patrzyłam się w sufit, sama nie wiedziałam czy minęło kilka minut, sekund, czy może nawet godzin. Przechyliłam głowę i spojrzałam na lampę zawieszoną na suficie, której światło raniło moje oczy. Nagle znikąd pojawiły się dwa słonie. Zaśmiałam się nerwowo i wyciągnęłam dłoń by je dotknąć, wydawały się takie piękne. Zanosiłam się od śmiechu czując jak wielkie zwierzęta łaskoczą moje dłonie swoimi zimnymi trąbami. Po chwili w mojej głowie zrodził się pomysł bym dosiadła jednego ze słoni. Klasnęłam w dłonie i już chciałam się podnieść, kiedy nagle oczy zwierząt zmieniły wyraz. Złość zalała je całe przez co stały się czarne. Zastygłam w bezruchu nie wiedząc jak się zachować, kiedy jednak zaczęły się do mnie zbliżać trąbiąc przy tym głośno, jednym sprawnym susem zeskoczyłam z łóżka i wskoczyłam pod stół. Byłam przerażona. Skulona pod stołem oddychałam ciężko i zastanawiałam się nad droga ucieczki. Byłam zablokowana, rozwścieczone słonie były obok, bardzo blisko. Pisnęłam głośno i z całych sił zagryzłam wargi – cisza. Otumaniła mnie przejmująca cisza, jakby to co przed chwilą widziałam nigdy się nie wydarzyło. Otworzyłam szeroko usta i wychyliłam głowę spod stołu. Rzeczywiście pokój był pusty i nic nie wskazywało na to by kilka sekund temu biegały po tym pokoju dwa potężne i wściekłe słonie.
- Collins, to na pewno ten kwas – westchnęłam sama do siebie i złapałam się za pierś, w której mocno łomotało mi serce. Złapałam kilka głębokich wdechów i już miałam się wyczołgać spod nieszczęsnego mebla, kiedy na przedramieniu poczułam dziwne mrowienie. Kolejna wizja? Pomyślałam i skierowałam wzrok na praw dłoń. Wrzasnęłam przerażona widząc węże, które wypełzały z mojego rękawa. Energicznie machałam dłonią chcąc się ich wszystkich pozbyć jednak to nie pomagało. Co chwilę wypełzał nowy. Słysząc głośne syczenie czułam jak moje ciało drży, wiedziałam jedno musze je zabić! Zerwałam się na równe nogi i omiotłam spojrzeniem pokój. Na szafce leżały niewielkie nożyczki do papieru, które kilka dni temu pożyczył ma Carter. Robiąc jeden, duży krok znalazłam się przy szafce i złapałam nożyce w dłoń. Bez sekundy zawahania przystawiłam ostrze do dłoni, po której pełzały węże i niewielkim ostrzem przejechałam po nich. Krew strumieniami lała się z ich oślizgłych głów. Czułam ulgę, ale w tedy w mojej głowie pojawiły się kolejne wątpliwości. Przecież zabiłam tylko te kilka, które siedziało mi na rękach, a co jeśli po pokoju zdążyło się rozpełzać ich więcej?
            Trzęsąc się wybiegłam z pokoju. Zupełnie nie wiedziałam co się dzieje wokół mnie. Czułam, że krzyczę głośno błagając o jakąkolwiek pomoc – nikt nie słyszy. Biegłam sama nie wiem dokąd, byle z dala od tego co właśnie widziałam. W końcu wszystko zniknęło. Ciemność mnie ogarnęła. Umarłam?
~*~
Powoli otworzyłam najpierw jedno potem drugie oko. Powieki były niesamowicie ciężkie, a ja nie miałam siły by walczyć sama ze sobą i starać się utrzymać otwarte oczy. Oblizałam moje wyschnięte usta i kolejny raz uchyliłam oczy. Zdecydowanie to nie był mój pokój, na moje nieszczęście tylko mogłam się domyślać gdzie jestem i co się ze mną stało.
- Wiesz jaki dziś jest dzień? – podniosłam wzrok i zobaczyłam nad sobą biały kilt. Czyli szpital, ewentualnie ambulatorium, które znajdowało się na terenie ośrodka.
Pokiwałam głową dając lekarzowi znak, że nie.
- Wiesz co się stało? – kolejny raz kiwnęłam głową zaprzeczając,
- Wiesz gdzie jesteś?
- Domyślam się, że to szpital – wychrypiałam cicho i spojrzałam na wysokiego i dobrze zbudowanego mężczyznę.
            Lekarz z dezaprobatą pokiwał głową i usiadł na skraju łóżka. Przez moment wpatrywał się we mnie jakby starając się zebrać myśli. Co musiało się wydarzyć, że człowiek który nie powinien się przejmować mną wcale nie wiedział jak zacząć ze mną rozmowę? Byłam przerażona.
- No wiec próbowałaś polenić samobójstwo – zgromiłam go spojrzeniem. Przecież to niedorzeczne, nie miałam w planach zabicia siebie nie teraz bynajmniej. Spojrzałam na moje ręce, na których były zaszyte rany. Wyglądały jak szczeble drabiny, drabiny do nicości. – Nie wiadomo dlaczego to zrobiłaś, ale gdyby tego było mało dostałaś padaczki. Musieliśmy cię reanimować.
- Co?! – skrzywiłam się. – Kłamiesz – warknęłam w jego stronę. Nagle znikąd pojawiły się we mnie duże pokłady werwy i byłam gotowa wykłócać się z lekarzem, ze to co właśnie do mnie mówi, to stek kłamstw.
- Nie musisz mi wierzyć, ale jemu uwierzysz – zaśmiał się jakby pogardliwie i wyszedł z sali.
            Czy wiara kiedykolwiek była w stanie coś zmienić? Nigdy nie wierzyłam w istoty nadprzyrodzone, które stworzyły świat – do teraz. Miałam ochotę zacząć się modlić do Boga o odrobinę łaski. Czułam się okropnie z tym, co dowiedziałam się od doktora. Teraz na pewno wezmą mnie za wariatkę, a nigdy nią nie byłam. Powoli uciekałam w psychozę, bo bałam się stanąć przed lustrem i przyznać się, powiedzieć prawdę.
- Hej Mała – koło łóżka stał Justin i lekko się uśmiechał. Jego duże wargi rozpostarte w półuśmiechu wyglądały zniewalająco. Czułam jak na twarz wkrada mi się rumieniec.
- Co tu robisz? – musiałam zadać to pytanie. Ten chłopak zdecydowanie nie należał do tych miłych czy też troskliwych. Wiec czemu był tu teraz ze mną?
- Musiałem sprawdzić jak się masz – sapnął i obdarzył mnie spojrzeniem. – Jestem poniekąd odpowiedzialny za to, co się wydarzyło.
- Jak to? – moje oczy w tej chwili musiały wyglądać jak duże monety, byłam zaskoczona jego słowami.
- Ode mnie dostałaś kwas i t ja cię tu przyniosłem – pochylił się do przodu i wyszeptał mi na ucho. Po moim ciele momentalnie rozeszły się przyjemne ciarki.
- Uratowałeś mnie – powiedziałam i uśmiechnęłam się szeroko. Nie wiem dlaczego, ale zrobiło mi się miło na sercu. Od tak dawna nikt mi nie pomagał, nie był dla mnie dobry.
- I kolejny raz posądzili mnie o próbę zabójstwa – warknął, a w jego głosie można było wyczuć złość i żal. Czyli zły Justin wraca, a jego zmiana w anioła stróża była tylko chwilowa. W sumie czego ja się spodziewałam?
- Znowu? – nie mogłam powiedzieć, że wiedziałam przez co się tu znalazł. Jego reakcja mogła być ostra, a ja nie potrzebowałam kolejnych kłopotów.
- Długa historia – uciął zgrabnie rozmowę, ale ja nie chciałam mu się dać tak szybko spławić.
- Mów – nalegałam.
            Chłopak spojrzał na mnie dziwnie i nabrał powietrza w płuca. Przez chwilę na jego czole pojawiła się charakterystyczna zmarszczka, jakby się nad czymś zastanawiał. Czyli nie byłam na przegranej pozycji, zaufał mi i chciał się przede mną otworzyć, to musiało coś znaczyć. Poczułam, że jestem dla kogoś ważna. I może to była tylko obłuda ja chciałam zachować to uczucie w sercu.
- To było dawno temu – zaczął niepewnie. – Miałem kiedyś dziewczynę. Była piękna i bardzo się kochaliśmy. Razem też zaczęliśmy ćpać. Świat był w tedy jakby obok, a po drugiej stronie my. Szczęśliwi i zakochanie w sobie do granic możliwości. – Chłopak uśmiechnął się na wspomnienie o dziewczynie, a ja poczułam ukłucie w sercu. Czy to była zazdrość? – Miała na imię Cloe, byliśmy nierozłączni, myśleliśmy, że właśnie tak spędzimy życie. Jakie to było głupie. – zaśmiał się z pogardą. – Ciąg trwał długo sam nie wiem, rok może nawet więcej. Grzaliśmy dzień w dzień i wszystko. Gdy nie starczało pieniędzy zaczęliśmy zajmować się produkcją.
 Ja robiłem etap końcowy - dostawałem na watach brudne opium, prałem to w rozpuszczalniku, potem to było destylowane, odparowywane, acetylowane i z tego wychodziła heroina. Potem zasuszanie, odwirowanie i otrzymywaliśmy albo braun albo białą. Byłem w tedy bogiem wszystkich ćpunów na ulicy, dzieciaki latały za mną błagając o działkę. – wypiął klatkę piersiową jakby dumny ze swoich poczynań. – Cloe pomagała mi handlować nie chciałem żeby to robiła, ale ona chciała mi pomagać. Zgodziłem się. I w tedy to się stało. – przymknął powieki jakby bał się, że zaraz wypłyną mu z oczy łzy. Chcąc dodać mu otuchy ścisnęłam mocno jego dłoń. – Ćpaliśmy jak zawsze w garażu, to co ja zrobiłem. Wydawało mi się, że zrobiłem wszystko jak trzeba, ale coś poszło nie tak. Cloe wzięła za dużo, dostała zapaści. Byłem tak naćpany, że nawet nie zauważyłem kiedy odeszła. Nie widziałem jak umiera, byłem zajęty ćpaniem! – warknął i spojrzał na mnie wściekły. W jego oczach szkliły się krystaliczne łzy. – Kiedy trochę prze trzeźwiałem i zobaczyłem jej zwłoki na posadzce wpadłem w panikę. Krzyczałem mając nadzieję, że tylko straciła przytomność lub zasnęła. Niestety ona już nie oddychała. Wziąłem jej zimne i szczupłe ciało w ramiona i niosłem do najbliższego szpitala.
- Justin.. – szepnęłam i podniosłam się na łokciach by spojrzeć chłopakowi w oczy.
- Nie! – wrzasnął tak głośno, że na pewno całe piętro go usłyszało. – Niosłem jej trupa na rękach przez trzy kilometry. Wiesz co ta za uczucie? Ta bezsilność niosąc ukochaną osobę na rękach wiedząc, że to przez ciebie umarła?
            Łzy płynęły z jego oczu jedna po drugiej. Chciałam mu pomóc, ale nie wiedziałam jak. Jedynym wyjściem było milczenie. Nie było słów i obydwoje doskonale o tym wiedzieliśmy. Po chwili szatyn padł w moje ramiona i ścisnął mnie mocno. Otuliłam jego trzęsące się ciało ramionami chcąc mu w ten sposób pokazać, że może na mnie liczyć.
- Ciii – szeptałam mu na ucho, delikatnie gładząc jego idealnie ułożone włosy. Czułam ciężar na sercu, tak jakbym od teraz ja dzieliła z nim ten koszmar.
            On nic nie odpowiedział. Podniósł tylko głowę i spojrzał na mnie przekrwionymi oczami. Zabrakło mi tchu w piersiach, niesamowitość tych oczu mnie otumaniała. On cały działał na mnie w tak cholernie magiczny sposób, że nie umiałam tego w żaden sposób sprecyzować. Uśmiechnęłam się delikatnie i mocniej zacisnęłam dłonie na jego plecach. Dla niego to był jakby znak. Bez jakiejkolwiek zapowiedzi natarł na mnie obejmując moje wargi swoimi. Serce od razu zaczęło szybko bić, a mózg w nadmiernych ilościach produkował adrenalinę. Czyste szaleństwo. Delikatnie raz po razie muskał moje usta, a za chwilę do niewinnych pocałunków doszedł jego język. Silnie napierał na mnie chcąc tym samym bym uchyliła wargi i pozwoliła mu na śmielsze poczynania. Po kilku minutach droczenia się z nim, kiedy usłyszałam ciche pomrukiwanie szatyna uchyliłam usta. Chłopak od razu wtargnął do środka swoim językiem. Wyprężona niczym struna przyjmowałam wszystkie pieszczoty, którymi mnie obdarowywał. Drażnił moje podniebienie, przygryzał delikatnie wargi, gładził językiem zęby lub toczył zaciętą walkę o dominację z moim językiem. Po chwili odsunął się ode mnie chcąc zaczerpnąć świeżego powietrza. Przyłożyłam dłoń do ust nadal nie mogąc uwierzyć w to co się wydarzyło. Trzęsłam się jakby mi było zimno, a tak naprawdę czułam podniecenie i chęć zdobycia czegoś więcej.
- Mała – Justin warknął patrząc mi w oczy i zacisnął na mojej szyi dłoń. Z przerażeniem spojrzałam na niego nie wiedząc o co mu może teraz chodzić.
- Co ? – wydukałam przestraszona.
- Lepiej żeby to, co ci powiedziałem zostało między nami. – mruknął i znów zbliżył się do mnie i delikatnie pocałował mój policzek.
Zdecydowanie przez niego zwariowałam. 
~*~
No i jest. W miarę dobry i mi się podoba. a wy co o tym sądzicie?
http://ask.fm/Cermittt w razie jakichkolwiek pytań, to zapraszam :3

środa, 13 lutego 2013

6. Piekło to inni ludzie

                Unikanie go wychodziło mi prawie doskonale. I choć w głębi duszy chciałam czuć jego obecność, nie miałam na tyle odwagi by po tym wszystkim spojrzeć mu w oczy. Ten chłopak działał na mnie jak paralizator. Kiedy tylko znalazł się w zasięgu mojego wzroku czułam jak mięsnie się napinają, gardło się wysusza, a nieznośnie myśli przyprawiały mnie o zawrót głowy. To było zbyt wiele nawet jak dla mnie. Dlatego wolałam uciekać, tak jak robiłam to całe życie. 
            Zerwałam się przerażona z łóżka i nieprzytomnym wzrokiem rozejrzałam się po pokoju. Dochodziła czwarta nad ranem, na dworze powoli zaczynało świtać. Oddychałam ciężko i mocno zaciskałam dłonie w pięści. Nagle po pokoju przemknęła ciemna postać, pisnęłam cicho i wbiłam zęby w dolną wargę. Bałam się poruszyć, żeby tylko zmora mnie nie zauważyła.
- Zgiń! – tuż przy uchu usłyszałam wysoki, piskliwy głos, a mój policzek owiał zimny oddech. Serce jeszcze bardziej przyśpieszyło bicie, a po plecach płynęły stróżki ziemnego potu.
- Czego chcesz? – wyjąkałam patrząc na jeden punkt na ścianie i małymi haustami łapiąc powietrze do płuc. Jeśli kiedykolwiek czegoś się byłam, było to nic w porównaniu do tego, co czułam teraz.
- Dziwka! – kolejny pisk, który omal nie rozsadził mi czaszki. Krew pulsowała mi w żyłach, a ręce drżały.
- Odejdź! – wrzasnęłam na całe gardło i zaczęłam energicznie wymachiwać rękami chcąc odgonić od siebie cień
            Po pomieszczeniu rozszedł się szyderczy śmiech, a ja zacisnęłam ręce mocno na kołdrze będąc gotowa do ataku. Minuty jednak mijały, a dziwna postać rozpłynęła się w nicości. Świstem wypuściłam powietrze z płuc i rzuciłam się na niewygodny materac. Jak nazwać to, co wydarzyło się przed chwilą? Czy był to tylko wymysł mojej chorej wyobraźni, czy ktoś tu naprawdę był? Pokręciłam zdenerwowana głową i nie wiedząc co ze sobą zrobić wstałam i wyszłam z pokoju.
            Stawiałam kroki bardzo powoli, jakby nadal bojąc się, że za chwilę postać wróci i zrobi mi krzywdę. Czułam, ze z każdego kąta spogląda na mnie cień i tylko czeka na moją chwilę nieuwagi. Przez myśl przeszło mi by powiedzieć o tym Carterowi, ale bałam się, że weźmie mnie za wariatkę, a przecież ja nią nie byłam. Miałam moje małe zachwiania, lepsze i gorsze dni, ale i tak najbardziej doskwierało mi życie. Każdy dzień był udręką, moją własną drogą krzyżową. Piekło to inni ludzie, ja jestem szatanem. Lucyferem, który każdego dnia zatraca się w coraz bardziej w swojej podłości i własnym nieistnieniu.
            Podskoczyłam przerażona słysząc szepty dochodzące zza rogu. Złapałam się za klatkę piersiową i westchnęłam próbując się uspokoić. Zdecydowanie byłam zbyt płochliwa. Nie mogłam pozwolić sobie na to by strach mną zawładnął.
- Malakai! – usłyszałam podniesiony głos Justina – Czy ty naprawdę jesteś tak głupi? – warknął. Wychyliłam się zza ściany i zobaczyłam szatyna, który przypierał do ściany wysokiego, czarnoskórego chłopaka, który z przerażeniem patrzył na oczy brązowookiego. Wspaniałe oczy bez źrenic, w których odpijała się cała nędza ćpuna.
- Bieber, przecież wiesz, ze jak będę miał to ci oddam – wymruczał chłopak.
- Skończ pieprzyć! – Justin uderzył pięścią w ścianę wyraźnie zirytowany całą sytuacją. – Czy ja ci wyglądam na instytucję charytatywną?!
            Zatkałam usta dłonią by nie wydać z siebie żadnego dźwięku widząc jak szatyn zadaje murzynowi pierwszy cios. Chciałam stamtąd uciekać, ale moje nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Przywarłam do ściany i mocno zacisnęłam powieki chcąc pozbyć się z głowy obrazu bójki. Jak na jedną noc moje życie w nadmiarze dostarczyło mi atrakcji.
- Co ty tu robisz Mała?! – niepewnie uchyliłam powiekę i zobaczyłam przed sobą czerwoną ze złości twarz chłopaka. W odpowiedzi wzruszyłam ramionami, bo co mu miałam odpowiedzieć? – Czy ty za mną łazisz?
- Nie pochlebiaj sobie – sama nie wiem skąd nagle we mnie wezbrała się odwaga by w taki sposób odpowiedzieć szatynowi. Przecież wiedziałam do czego był zdolny, a mimo to nadal nie potrafiłam ugryźć się w język.
- Nie ładnie – syknął i pogroził mi palcem po czym zaśmiał się lekko. Patrzyłam na niego jak na szaleńca. Ciągle nie docierało do mnie, że ten chłopak był taki niestabilny emocjonalnie.
- Dlaczego go pobiłeś? – brązowooki znów się zaśmiał. Czy jego jedyną odpowiedzią na wszystko jest ten cholernie irytujący śmiech?
- Bo od ciebie Mała – spojrzał na mnie spod przymrużonych powiek i oblizał swoje pełne wargi końcówką języka. – Mogę dostać coś w zamian. – mruknął i ścisnął mój pośladek. Nie mogłam powtrzymać się od cichego westchnienia przyjemności. Jestem tylko człowiekiem, a on dobrze wiedział jak wykorzystać swoją urodę do władania takimi jak ja.
- Myślisz, że już zawsze będziesz dostawał to co chcesz? – prychnęłam i zmierzyłam go wzrokiem. Jego pewność siebie była wręcz przytłaczająca, ale mnie w swój dziwny sposób pociągała.
- A jest inna możliwość? – spojrzał mi w oczy i przysunął się do mnie jeszcze bliżej. Doskonale czułam jego mocne perfumy, oddech na skórze i napięte mięśnie klatki piersiowej. Wariowałam.
- Nie jestem zabawką! – chciałam zabrzmieć pewnie, a nawet srogo. Zamiast tego z moich ust wypłynął dziwny bełkot, za który przeklęłam się w myślach.
- Ale i tak jesteś moja.
~*~
            Fotel w gabinecie Johna już chyba zawsze będzie taki niewygodny, moje myśli zawsze będą mi doskwierać, a życie nigdy nie będzie lepsze. Ciągle myślami powracałam do poprzedniej nocy, nie mogłam pozbyć się z myśli rozwścieczonej twarzy brązowookiego. Chłopak był zły, przesiąkł tym do szpiku kości, a ja głupiutka dziewczyna szalałam za nim. Nie wiedziałam o nim zupełnie nic i zdawałam sobie sprawę z tego, że chłopak sam z siebie nic mi nie powie. Byliśmy na odwyku tu nic nie było normalne. Nawet nasze pozorne myślenie o byciu zwykłym człowiekiem było tylko naszym myśleniem.
            Stanęłam przy szafce z dużym napisem akta i pocierałam o siebie dłonie. Wiedziałam, ze to co za chwilę zrobię jest złe, ale czy miałam inne wyjście? Głód informacji był równie silny jak głód narkotykowy. Nie mogłam się powtrzymać, a życie w niewiedzy było katorgą. Drżącą dłonią otworzyłam szufladę oznaczoną literą B i wskazującym palcem przerzucałam karty pacjentów. Zagryzłam wargi w wąską linię i w skupieniu poszukiwałam tej, która interesowała mnie najbardziej. Nawet nie zdawałam sobie sprawy ilu pacjentów ma ta placówka, ludzie których widywałam na korytarzu byli jej tylko maleńką cząstką. Kiedy moje oczy zobaczyły nazwisko Bieber moja krew zawrzała. Adrenalina zaczęła pulsować w żyłach, byłam podekscytowana. Czułam, że zaraz odkryję coś, co zmieni moje życie na zawsze.
            Usiadłam na biurku i przerzucałam kartki papieru. Nie interesowały mnie objawy choroby i tok terapii, potrzebowałam mocniejszych wrażeń. I w tedy mój wzrok napotkał, to czego chciał. Pochłaniałam słowa jak szalona nie mogąc uwierzyć, że to co widzę jest prawdziwe. Ten brązowooki szatyn był mordercą?
- Skierowany wyrokiem sądu na odbycie terapii – czytałam cicho jakby chcąc się upewnić, że mój mózg wcale nic sobie nie wymyśla. Kręciłam głową nadal nie mogąc w to uwierzyć.
            Przerażona odłożyłam kartę na swoje miejsce i wróciłam na niewygodny fotel. Wierciłam się w nim jak szalona starając sobie przyswoić informacje. Ten dwudziestoletni Kanadyjczyk był mordercą, który tu w Nowym Jorku miał odbyć swoją karę. Moje całe ciało wstrząsały spazmatyczne drgawki. Oddychałam głęboko starając się uspokoić – na marne. Zadałam się z mordercą, człowiekiem bez skrupułów, dla którego morderstwo nie było niczym nadzwyczajnym. Czy ja nawet w zakładzie nie pozbędę się mojego pecha?
            Warknęłam zła sama na siebie i zaczęłam się zastanawiać, co dalej z tym wszystkim. Wiedziałam, że od tak nie odpuszczę sobie znajomości z tym chłopakiem chociażby dlatego, że tylko on mógł dać mi to czego nikt inny nie mógł. Poza tym miał w sobie taki magnetyzm, że po jednym spotkaniu nie da się myśleć już o niczym innym.
~*~
Słaby, o niczym ale jest. Chciałam dodać, ponieważ zmieniłam szablon. Podoba się?
Następny nie wiem kiedy, ale obiecuje wam niezłą akcje ^^
http://ask.fm/Cermittt > gdyby ktoś miał jakieś pytania :3

czwartek, 7 lutego 2013

5. Niebezpieczny umysł

         Niespodziewanie poczułam mocne szarpnięcie. Jego chuda dłoń zatkała moje wyschnięte usta. Nie mogłam nic powiedzieć, krzyknąć. Jego silne ramiona oplotły moją talię i bez zawahania wciągnął mnie do pokoju. Starałam się bronić z całych sił. Energicznie machałam nogami i starałam się wyswobodzić zablokowane w silnym uścisku ręce. Na marne chłopak był silny, a heroina, która buzowała w jego żyłach tylko dodawała mu animuszu. Bałam się go, ale strach szybko mieszał się z podnieceniem.
         Jednym, sprawnym ruchem szatyn  wygiął moje ręce w tył, co jeszcze bardziej uniemożliwiło mi wykonanie jakiegokolwiek ruchu.  Uścisk jego dłoni był mocny i stanowczy, a jego twarz wyglądała teraz wręcz oszałamiająco. Mocno zaciśnięte usta, uwydatniały  linię jego szczęki, a oczy mimo iż tryskała z nich wściekłość miały w sobie coś pięknego. Drugą dłoń brązowooki nadal trzymał na moich ustach i delikatnie, opuszkami palców muskał spierzchnięty naskórek. Przyglądał mi się uważnie, co doprowadzało mnie do jeszcze większego szaleństwa. Jego zamiary były mi dobrze znane, ale jego zmienność była przerażająca. Szarpał mnie mocno tylko po to, by za chwilę spojrzeć z łagodnością w moje oczy i lekko dotknąć mojej skóry.
         Tuż przy uchu słyszałam jego przyspieszony oddech. Moje serce biło jak szalone, krew pulsowała w żyłach tak szybko, że omal ich nie rozerwała.  Bałam się, nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku, czułam się jak niema. Kolejny raz zupełnie z nienacka zostałam przyparta do ściany. Czułam przeraźliwy ból od zderzenia i chłód bijący od cegieł. Automatycznie się wzdrygnęłam.
- Bądź cicho, a nic ci się nie stanie. – wychrypiał mi do ucha i zacisnął swoje zęby na jego płatku. Nie mogłam powstrzymać cichego westchnienia przyjemności. Musiałam być chyba w naprawdę kiepskim stanie psychicznym, skoro śmiałe poczynania szatyna, aż tak mi się podobały.
         Jego ciało napierało na mnie co raz mocniej. Był wysoki i silny, a zapach jego perfum przyprawiał mnie o zawrót głowy. Próbowałam się szamotać i wyswobodzić z uchwytu, wtedy moje ręce wykręcały się jeszcze bardziej. Ból spowodował, że klęknęłam. Miałam wolne usta, ale bałam się krzyczeć.
- Proszę zostaw mnie w spokoju, nie rób mi krzywdy. – wyszeptałam mając nadzieję, że moje słowa w jakikolwiek sposób podziałają na chłopaka.
- Skoro już jesteś na kolanach weź do ust, chce widzieć jak go ssiesz. – usłyszałam w zamian jego złośliwy rechot.
         Broniłam się, odwracałam głowę, ale jedno szarpnięcie za włosy i był w moich ustach. Wypełniał je w całości. Nie widziałam jego twarzy. Czułam jak wypełniał moje usta coraz bardziej, rósł w nich. Dławiłam się a on nie przestawał i ciągle słyszałam jego głośny śmiech, który już dzwonił mi w uszach. Pchał go coraz mocniej i coraz bardziej w moje usta. Chciałam odwrócić głowę, zaprzeć się jakoś. Nie mogłam, trzymał mnie mocno za włosy. Każdy nawet najmniejszy ruch powodował  ból. Ssałam i obciągałam mając nadzieje, że w końcu to się skończy. Jednocześnie przerażała mnie świadomość, że mimo strachu nakręca mnie ta sytuacja. Czułam jak moja cipka staje się mokra. Pchał go w moje usta coraz mocniej i szybciej. Nagle wyjął go, podnosił mnie i odwrócił. Jego ciało dociskało moje do ściany, przeszył mnie dreszcz spowodowany chłodem ceglanej ściany. Czułam jak ściągał mi spodnie. Bałam się. Usłyszałam jego pomruk na widok mojego nagiego tyłka, zakrytego jedynie cienkim paskiem czarnych stringów. Jego kolano wdzierało się pomiędzy moje uda. Rozszerzył moje nogi. Strach mieszał się z podnieceniem. Przerażało mnie to.
Brzdęk klamry, słyszałam jak rozpina pasek i spodnie opadają w dół. Jego przyrodzenie jeździło po moich pośladkach, starałam się odwrócić, ale przyciskał mnie mocno siebie. Penisem błądził po moich pośladkach, kolanem rozszerzał moje nogi jeszcze bardziej. Drugą ręką dotknął moich piersi. Chciałam żeby przestał, zostawił mnie. Jego zimna dłoń drażniła moje sutki.
- Proszę zostaw mnie – kolejny raz słabym głosem prosiłam go żeby odpuścił, ale jego dłoń kierowała się w stronę moich majtek. Mimo strachu były wilgotne.
-Rozłóż te nogi szerzej suko! – warknął i szarpnął mnie za włosy. Posłusznie wykonałam rozkaz bojąc się, że rozjuszony chłopak może mnie nawet pobić.
         Jego palce wnikały we mnie kolejno, jeden po drugim. Starałam się milczeć, chwilami nawet bronić, ale moje ciało poddawało się jego brutalnym ruchom. Każdy kolejny ruch palca powodował większa rozkosz, a ja próbowałam się przed tym bronić. Chciałam żeby mnie zostawił. Starałam się wyrwać.
- Mała nie próbuj, chcesz tego przecież. Czuje jaka jesteś napalona – jego melodyjny głos rozszedł się echem po mojej głowie, a przez ciało przeszedł dreszcz. Zagryzłam wargi i oddychałam głęboko starając się tłumić w sobie jęki zadowolenia. Nie mogłam pokazać mu, że mi się to podoba.
         Chłopak wykrzywił mocniej moje ręce. Pod wpływem bólu znowu padłam na kolanach.
- Ssij go – mruknął i bez ostrzeżenia wepchnął penisa do moich ust. Słyszałam w pobliżu kroki, chciałam krzyczeć, ale penis wypełniał cale moje usta. Przyciskał go jeszcze bardziej.
- Odezwij się a popamiętasz – warknął na mnie i mocno pociągnął za włosy. Chciałam zawyć z bólu, ale jego penis w moich ustach i strach, który z każdą sekundą rósł w moim sercu uniemożliwiły mi  chociażby piśnięcie. Kroki oddaliły się.
- Ssij mocniej. – rozkazał.
          Moje usta pochłaniały go, chciałam żeby wreszcie skończył. Ogarniało mnie przerażenie. Chwycił moje ręce mocno w przegubach. Podniósł mnie. Oparł o ścianę. Jego penis wszedł we mnie silnie i zdecydowanie. Pieprzył mnie. Bałam się, ale chciałam żeby to robił. Moje ciało nie buntowało się tak, jak reszta. Poddałam się mu. Czułam jak porusza szybciej biodrami, wbijając się coraz mocniej. Jego palce tańczyły na mojej łechtaczce. Broniłam się przed uczuciem przyjemności jaka wzbierała we mnie. Czułam jak moje mięśnie spinają się coraz bardziej. Wiedziałam, że nie wytrzymam dłużej. Nagle przestał. O nie, tak łatwo nie będzie. Wyszedł ze mnie. Obrócił mnie. Jego język wdzierał się do moich ust. Całował je zachłannie. Broniłam się. Kolano między moimi udami, palec we mnie.
- Wiem Mała że ci się to podoba.
Znów zdecydowanym ruchem wszedł we mnie. Jego usta całowały moje, dłonie pieściły piersi. Przerażała mnie myśl, że ciało się poddawało i łaknęło więcej. Nagle uniósł moje nogi. Podnosił mnie całą i posadził na stole, który był obok nas. Zrzucił to, co na nim jest. Pieprzył mnie bez opamiętania. Wchodził mocno i głęboko.
-Ten stół jest idealny do pieprzenia ciebie – jęknął swoim zabójczo zachrypniętym głosem. Przegrałam. Ciało się poddało, czułam zbliżająca się do mnie rozkosz. Chciałam jeszcze. Mimo strachu i przerażenia wiedziałam, że już długo nie wytrzymam. Jego dłonie zaciskały się coraz mocniej na moich piersiach. Język wypełniał szczelnie moje usta. Nagle przestał. Z jednej strony czułam ulgę, wreszcie koniec, z drugiej co dziwne niedosyt.
- Mała obróć się, rozstaw szeroko nogi i wypnij tyłek. Mam ochotę zerżnąć cię od tyłu – wydał mi kolejny rozkaz, głosem, który nie znosił sprzeciwu.
         A jednak to nie był koniec. Nie chciałam tego, ale nie mam wyjścia. Obróciłam się. Jednym ruchem rozerwał moje stringi, a jego penis wszedł we mnie. Czułam pulsowanie mojej cipki. Każdy jego ruch powodował dziwną przyjemność. Wchodził mocno i zdecydowanie. Poruszał się coraz szybciej. Poczułam nagły skurcz i usłyszałam jego przyśpieszony oddech, który z każdą chwilą stawał się coraz płytszy. Trzymał moje biodra. Wyszedł ze mnie. Miałam ochotę krzyknąć, że nie teraz...
-Nie Mała, nie skończy się tak szybko. Weź go do ust i ssij. Chcę widzieć jak go obciągasz, jak wypełnia twoje usta.
         Moje usta zaciskały się na nim. Jego dłonie w moich włosach wpychały go głębiej w mojej usta. Czułam jego smak. Jaki  był sztywny i to, że zaraz wybuchnie w nich. Podniósł mnie z kolan.
- Wypnij się.
         Rozstawił moje nogi nim zdążyłam cokolwiek zrobić. Znowu we mnie wszedł. Wystarczyło kilka ruchów. Strach zmieszany z dziwnym pożądaniem powodował rozkosz. Wielką rozkosz. Miałam ochotę krzyczeć. Wbijał się wie mnie coraz mocniej i szybciej. Moje nogi rozsunęły się. Przytrzymał mnie i pieprzył jeszcze szybciej.
- Obróć się. Słyszysz, obróć się! – jego słowa dopiero po chwili dotarły do mojej świadomości. Robiłam, co kazał. Podnosił mnie wbijając się równocześnie w moją obolałą cipkę. Jego dłonie zaciskały się na moich pośladkach. Chłód ściany przeszył moje ciało. Poczułam znajome skurcze. Jego oddech przyspieszył.
- Milcz! – zatykał mi usta żebym nie mogła krzyknąć.
         Zagryzłam usta, nie mając siły się bronić. Czułam, że odpływam. Jego penis wbijał się jeszcze mocniej i szybciej. Poczułam jak wybucha we mnie. Zastygł na chwilę a potem wyszedł ze mnie. Osunęłam się po ścianie. Nie wiem co się dzieje, co się stało.
~*~

            Siedziałam oszołomiona, zastanawiając się czy to zdarzyło się na prawdę czy to tylko sen. Oddychałam szybko i płytko. W głowie huczało mi od myśli. Trzęsącymi się dłońmi zgarnęłam do tyłu włosy, które przykleiły się do mojego spoconego czoła. Nie mogłam pojąć tego, że właśnie uprawiałam sex z nieznajomym mi chłopakiem, którego imienia nie znałam,  co gorsza – podobało mi się to. Mam niebezpieczny umysł.
- Czemu jesteś taka zamyślona Mała? – zapytał nawet na mnie nie patrząc i  poprawiając swoje spodnie.
- Odwal się – odburknęłam oburzona i idąc za jego przykładem sama zaczęłam poprawiać moje pomięte ubranie. Czułam, że wielki rumieniec nawet na moment nie ustępuje z mojej twarzy. Jego wzrok po prostu palił moją skórę.
- Ej nie bądź taka bo nie dostaniesz nagrody – syknął i zacisnął dłoń na moim nadgarstku. Cicho pisnęłam czując ból. Na dziś wystarczyło mi już szarpaniny i ściskania i tak jutro cale ciało będę miała obolałe.
            Zmierzyłam chłopaka chłodnym spojrzeniem i wyszarpałam rękę z uścisku po czym oparłam się o ścianę. Nie miałam pojęcia co ze sobą zrobić. Miałam od tak wyjść i zostawić go samego? Jęknęłam cicho z bezradności i przeniosłam spojrzenie na chłopaka, który nadal intensywnie się we mnie wpatrywał.
- Nie gap się – mruknęłam i wywróciłam oczami. Szatyn zaśmiał się głośno i przyciągnął mnie do siebie.
- Mała spisałaś się dziś świtanie – zaczął spokojnym głosem patrząc mi w oczy. Momentalnie poczułam jak żołądek mi się zaciska, a nogi odmawiają posłuszeństwa. – Należy ci się nagroda – mruknął, wyjął z kieszeni pakiet i pomachał mi nim przed oczami.
            Uśmiechnęłam się szeroki i wyrwałam chłopakowi zawiniątko z rąk i mocno zacisnęłam w moich dłoniach. Doskonale znamy mi ciemnobrązowy proszek, moja heroina. Znów miałyśmy być razem. Euforia po prostu rozpierała mnie od środa.
- Masz…
- Strzykawki? – dopowiedział za mnie i cisnął mi w dłonie małą strzykwę zwieńczoną cienką igłą. Z moich oczu zapewne bił blask zadowolenia, czułam to.
            Opadłam na drewnianą posadzkę i spojrzałam porozumiewawczo na chłopaka. Szatyn szybko siadł obok mnie i zabrał mi z rąk pakiet. Raz po raz oblizywałam usta widząc jak wysypuje go na łyżeczkę, która leżała na podłodze, a potem podpala ją zapalniczką. Serce momentalnie przyśpieszyło bicie. Już dawno nie byłam tak szczęśliwa jak teraz. Znów przywrócili mi wiarę w ludzi, w życie, w samą siebie.
            Kiedy strzykawka była pewna podwinęłam rękaw od szpitalnego uniformu i tuż nad ramieniem przewiązałam materiał, który pozostał z moich stringów. Zagryzłam wargi i spojrzałam na szatyna jakby szukając jego przyzwolenia. Chłopak pokiwał głową, dając mi znak, żebym zrobiła to co powinnam. Odetchnęłam głęboko i wbiłam igłę w żyłę, która nadal była doskonale widoczna. Nacisnęłam tłok i czując przyjemne mrowienie zaśmiałam się.
            Powoli cofnęłam rękę razem z igłą. Na zgięciu pojawiła się niewielka plamka krwi, na co chłopak zareagował niemal od razu i przywarł swoimi miękkimi wargami i zlizał ciecz. Zaśmiałam się nerwowo nie wiedząc jak się zakochać.
- Nawet naćpana jesteś słodka Mała – powiedział odsuwając wargi od mojej ręki.
- Mam na imię Lana – powiedziałam cicho, gdyż w danej chwili moje gardło nie było stać na więcej.
- Justin – szepnął tuż przy moich ustach, a chwile potem objął je swoimi miękkimi wargami, łącząc się ze mną w słodkim pocałunki.
~*~
No i jest rozdział :3 jak dla mnie bardzo nawet dobry! Lubię go, choć może końcówka nie najlepsza, ale nawet ona mi się podoba!
Dla Was: Gochu i Agunia :3